Iusculum ma innego adresata. Takiego, któremu potrzebne jest to, co kryje się pod hasłem "łacina prawnicza". Jest skierowane do tych, którzy powinni opanować słownictwo bardziej sprofilowane, oraz do tych, którzy jednak z jakichś względów muszą tej łacinie chwilę poświęcić (czyt. do dużej części studentów pierwszego roku prawa).
Regularnie pracuję z ludźmi, którzy "poszli na prawo", a nie - "na łacinę" i postrzegam to jako przywilej. Mam styczność nie tylko z pasjonatami i, właśnie dzięki temu, bezpośredni dostęp do tego nieco bardziej ponurego oblicza łaciny, o którym jej miłośnikom zdarza się niekiedy zapominać. Na co dzień widzę więc (i oczywiście pamiętam też ze studiów) zmagania z prawem rzymskim, a w tym w dużej mierze z językiem. I niech to będzie jasne: od lat pracuję z fantastycznymi ludźmi. Utalentowanymi, pracowitymi, inteligentnymi, zabawnymi. Ale zdarza mi się widywać tych, którzy uczą się na pamięć paremii (łacińskich sentencji prawniczych), słowo po słowie. Zapamiętują całość tłumaczenia, ale nie wiedzą, co znaczą i jaką funkcję pełnią poszczególne wyrazy w zdaniu (żeby oddać sprawiedliwość: takie rzeczy dzieją się także poza wydziałem prawa). Widzę tych, którym ogromną trudność sprawia zapamiętanie fachowych łacińskich terminów, którzy przekręcają w nich litery, ale nie przejmują się tym, bo ich wersja jest wystarczająco podobna do oryginału.
Widok ten jest dla mnie przykry. Przykry, bo ogromnie lubię ten "Rzym" i nierozerwalnie związaną z nim, jak ją często nazywam, "łacinkę" (bardzo lubię zdrobnienia; trochę stąd wzięła się nazwa "iusculum"). Przykry również dlatego, że widzę spożytkowane czas i energię, które nie dobrych efektów. Wreszcie, jest to przykre, bo wiem, że da się inaczej, że to inaczej wcale nie wymaga cudów, i że łacina nie jest tylko dla wybranych.
Tego "inaczej" nie da jednak (początkującym) prawnikom podręcznik Ørberga. Albo inaczej: da, ale z pewnością zajmie to trochę czasu. Lingua Latina per se illustrata to choćby wiele słówek, których student prawa zwyczajnie nie potrzebuje. Z drugiej strony pojęcia i wyrażenia dla niego podstawowe pojawiają się w nim dość późno lub wcale. I nic w tym dziwnego. Podstawowe słownictwo prawnicze niekoniecznie musi być tym obiektywnie podstawowym (w innych językach działa to tak samo).
Poza tym, książka prezentuje język bez późniejszych naleciałości. Tymczasem "łacina prawnicza" to twór szczególny. Nie jest wyłącznie łaciną Cycerona, łaciną prawników rzymskich, łaciną czasów cesarza Justyniana, łaciną prawników średniowiecznych, ani też późniejszych. Łacina prawnicza nie jest łaciną z literatury prawniczej, ani łaciną z paremii. To jest łacina złożona z tego wszystkiego po trochu. Zdecydowanie nie jest to język, w którym stanowiono prawo i pisano o nim w konkretnym okresie historycznym i na wskazanym obszarze geograficznym. Łacina prawnicza to łacina tworzącej się przez wieki tradycji prawnej. Na zbiór podstawowych pojęć w tym wariancie języka składa się trochę terminów z podręcznika do prawa rzymskiego (spośród których niektóre ukute zostały przez rzymskich jurystów, niektóre przez prawników średniowiecznych lub nowożytnych, inne przez pandektystów, rzadziej przez prawników współczesnych) oraz z paremii prawniczych (też różnorakiego pochodzenia).
Z drugiej strony, gramatyka łacińska potrzebna przeciętnemu prawnikowi zamyka się w absolutnych podstawach: pełne zdania widuje on zazwyczaj w formie paremii. Spokojnie można więc ograniczyć materiał gramatyczny np. do czasu teraźniejszego, a coniunctivus (tryb łączący) objaśniać tylko w postaci tego jussywnego (używanego dla wydawania rozkazów; pojawia się on np. w słynnej paremii Audiatur et altera pars – "Niech zostanie wysłuchana i druga strona"). Podobnie, na niewiele się przyda wprowadzanie wszystkich deklinacyjnych końcówek. Lepiej mniej, a utrwalić to, z czym rzeczywiście ma się styczność. Od prawnika naprawdę nie trzeba wymagać takiej wiedzy gramatycznej, co od adepta filologii klasycznej. To jest ok (to jest w zasadzie pożądane!), by jego filologiczna świadomość była mniejsza. (Te zastrzeżenia nie dotyczą osób, które docelowo mają pracować na łacińskich tekstach prawniczych lub luźniej z prawem związanych, choć i dla nich iusculum może być miłym początkiem przygody z łaciną. Mój tekst skierowany do tej właśnie grupy dostępny jest tutaj).
Oprócz powyższych, głównym problemem dla nauczającego łaciny dla prawników jest założenie Ørberga o tym, żeby "nigdy niczego nie tłumaczyć", a nowe słownictwo objaśniać studentom posiłkując się wyłącznie słowami poznanymi na wcześniejszych lekcjach. To problem nie tylko dlatego, że w ramach zajęć trwających dwa semestry (60 godzin) po prostu szybciej i efektywniej jest objaśnić pewne kwestie po polsku, ale przede wszystkim dlatego, że prawnikowi jest potrzebny tzw. język prawniczy (burzliwa dyskusja toczy się na temat znaczeń pojęć "język prawniczy" i "język prawny". Tutaj nie o tym. Przyjmijmy, proszę, że generalnie mowa jest o szerokopojętym "języku prawa"). Jest to szczególny wariant tzw. języka naturalnego. Ten ostatni to taki, którym posługujemy się na co dzień. Operujemy nim swobodnie i spontanicznie, cieszymy się synonimami, nie martwimy się brakiem precyzji, bo przecież zawsze można coś dopowiedzieć lub wyjaśnić.
W tym świetle język prawa jawi się trochę jako nienaturalny. Zwróci na to uwagę każdy, kto kiedykolwiek czytał jakiś urzędowy tekst. Gramatyka niby ta sama, słowa niby znajome, ale jednak coś nie gra, bo treść zrozumieć jest dość trudno. Dlatego nauka prawa to w pierwszej kolejności nauka nowego języka. Gdy przyjrzeć się nieco uważniej, łatwo dojrzeć, że prawo to nauka filologicznej natury. Przy czym głównym jej celem jest precyzja językowa, a nie różnorodność czy kwiecistość. W trakcie studiów setki wykładowych godzin spędza się na omawianiu po polsku polskich przepisów prawa. Właśnie dlatego, że język, w którym się je konstruuje i o nich dyskutuje, jawi się studentom w zasadzie jako obcy. Język, w którym mówi się o prawie, jest precyzyjny i pełen technicznych wyrażeń. Tworzy taki leksykalny wszechświat, w którym wybór pomiędzy "i" a "lub" może zmienić rzeczywistość, "własność" i "posiadanie" znaczeniowo nigdy nie zlewają się w jedno, a termin "powód" zazwyczaj nie oznacza "przyczyny". Mówienie w nim naprawdę nie jest proste.
To więc tylko złudzenie, że "polszczyzna dla prawników" jest łatwiejsza niż adresowana do nich łacina. Widać to co roku podczas zaliczeń z przedmiotu. Na część zaliczenia z łaciny składa się przygotowanie się z łacińskich paremii prawniczych (tak wygląda lista obowiązująca studentów I roku prawa UŁ). Powinni oni znać łacińską wersję paremii, jej tłumaczenie, a także umieć objaśnić prawną konstrukcję w danej sentencji zakodowaną (w końcu "łacina" to tylko część sformułowania "łacina dla prawników"). Właśnie ten ostatni etap jest dla osoby na I roku prawa zwykle największym wyzwaniem, bo wymaga zarówno zrozumienia zagadnienia, jak i nauczenia się tego, jak ubrać je w słowa. A często są to słowa nowe lub używane w takich konfiguracjach, do których nie jest się jeszcze przyzwyczajonym. I nic nie pomaga, że to wszystko jest po polsku. Dlatego właśnie stworzenie kursu "łaciny dla prawników" wyłącznie po łacinie, gdy w głowach nie ma jeszcze obiektów pasujących do nazw, nie miałoby racji bytu. Mnie natomiast zależy mi na tym, żeby te zajęcia były prawniczo użyteczne. Żeby przyjrzeć się językowi, szlifować na nich zarówno łacinę (prawniczą), jak i język polski (prawniczy). Pracujemy więc nad kompetencjami zarówno z języka oryginału, jak i z języka, na który się tłumaczy. Ten pierwszy jest w zasadzie pretekstem do poznawania tego drugiego. Dlatego też iusculum to lekcje łaciny częściowo po łacinie. Gdy da się objaśnić coś przez kontekst, podanie synonimu, antonimu lub obrazkiem – idę w to. Używanie polszczyzny dzieje się z pożytkiem dla wszystkich.
Podczas zajęć sporo się jednak tej łaciny słyszy. Każdy slajd czytamy na głos i od razu tłumaczymy (bez przygotowania, ale czasem z moim prowadzeniem). Jasne, czasami niektórzy się wstydzą i nikogo nie wyciąga się za uszy. Gdy jednak dać szansę temu doświadczeniu, jest ono bardzo ożywcze. Po pierwsze, zawsze, ale to zawsze, tłumaczący uświadamia sobie, że tak naprawdę umie więcej niż myśli, że umie (wiem, bo widziałam to tyle razy, że nie zliczę). Po drugie, wychodzimy w końcu z tego piekielnego kręgu przekonań, że odpowiedzi można udzielić tylko wtedy, gdy jest się przygotowanym w 100%. Że nie wiedzieć, nie pamiętać, nie rozumieć jest głupio. Nie jest. Dopóki będzie w grupie ktoś, kto może w takich sytuacjach pomóc (a zawsze będzie), idziemy do przodu :) Na tych spotkaniach mamy się czegoś nauczyć, a to jest proces, który zakłada, że się czegoś nie wie, nie rozumie lub uświadamia sobie, że się nie rozumiało, że się popełnia błędy, że poznaje się coś nowego. Gdy pamięta o tym każda osoba w grupie, jesteśmy w domu. Jeśli ktoś zapomni, koniecznie trzeba mu o tym przypomnieć.
Przy czytaniu na głos pojawia się jednak kilka wyzwań. Wedle konwencji przyjętej przez prawników łacińska wymowa jest w zasadzie zgodna z wymową polską. Kilka odstępstw jest łatwo zapamiętać, jeśli tylko trochę się poćwiczy (dla niecierpliwych: o łacińskiej wymowie można poczytać trochę na blogach Łacina Globalnie oraz Lingua Latina Omnibus; dla tych, którzy potrzebują struktury: w domenie UKSW dostępna jest fajna ściąga z wymowy). Inaczej jednak niż w języku polskim, w języku łacińskim występuje iloczas, czyli zróżnicowanie na samogłoski krótkie i długie (te pierwsze oznacza się łukiem nad literą: ă, ĕ, ĭ, ŏ, ŭ; te drugie poziomą kreską: ā, ē, ī, ō, ū). Przekłada się to bezpośrednio na poprawne akcentowanie łacińskich wyrazów, przy czym niestety nie jest tak prosto, że jedne samogłoski są silniej akcentowane niż drugie. Zasady akcentowania nie są szczególnie skomplikowane, ale mimo wszystko chciałam spróbować uniknąć wprowadzania teorii w tym zakresie. Dlatego zarówno długości, jak i akcentowanie oznaczane są tylko w wybranych sytuacjach w taki właśnie sposób: in Italiā; iusculum). Nierzadko bywa, że materiał z "łaciny dla prawników" wydaje się studentom odrębny od materiału z "prawa rzymskiego". A przecież łacina to właśnie pierwszy język tej opowieści. Dlatego iusculum skonstruowałam łacińską historyjkę, która prowadzi przez wspomniany już wykaz paremii prawniczych i nawiązuje do podstawowych zagadnień z zakresu prawa rzymskiego. Ta opowieść buduje kontekst wokół sentencji prawniczych, ukazuje je nie tylko jako abstrakcyjne zasady, kawałek suchej teorii, ale ubiera w realne (choć lekkie) doświadczenie, które ma pomagać zapamiętać ich sens.
Nigdy nie proszę o przygotowanie niczego z wyprzedzeniem. Na pierwszych zajęciach zastrzegam jednak, że kluczem do komfortu na tych spotkaniach jest nieśpieszna, acz regularna, praca, ponieważ kolejne lekcje stanowią rozwinięcie poprzednich, tak w zakresie łaciny, jak i prawa rzymskiego. W ten sposób powoli wdrażamy się w oba te światy. Nazwa "iusculum" dobrze oddaje więc ducha tych lekcji. Nie jest to ani pełny kurs podstawowej łaciny, ani też prawa rzymskiego. To tak po trochu z każdej z tych dziedzin. Tak tylko, żeby można ich było zasmakować.
Moim hołdem dla podręcznika Ørberga jest to, że w iusculum występują ci sami główni bohaterowie. Mają tylko inne, bardziej prawnicze przygody. Początkowe lekcje-prezentacje bazują w zasadzie w całości na Lingua latina per se illustrata. Są to wersje niekiedy skrócone, niekiedy skompilowane z dwóch rozdziałów, czasami silnie inspirowane. Z czasem materiał staje się coraz mniej Ørberga, a coraz bardziej własny. Zawsze bazuje jednak na podobnym podejściu, z tymi zmianami, o których pisałam wcześniej.
Chciałam przy tym, by iusculum to jednak była łacina, a nie – nauka łacińskiej terminologii prawniczej, zwrotów, czy jedynie paremii. Język to nie jest byt zdezintegrowany, choć czasem właśnie tak się łaciny naucza. Język żyje w tekście, a przeczytanie (i zrozumienie!) tekstu w oryginale daje naprawdę ogromną satysfakcję. Chciałam więc, żeby przerobienie materiału, który składa się na iusculum, pozwolił zajrzeć do jakiegoś oryginalnego tekstu i, jeśli nie w całości, to przynajmniej w części go zrozumieć. Pomyślałam najpierw o antycznych podręcznikach do nauki prawa, to jest o Instytucjach Gajusza (II w. n.e.) i Instytucjach Justyniana (VI w. n.e.). Każde ze źródeł wrzuciłam do aplikacji Collatinus, służącej do lematyzacji i analizy morfologicznej tekstów łacińskich (prościej: aplikacja przygotowała dla mnie listę słów pojawiających się w każdym z tych źródeł, od tych najczęściej występujących do tych najrzadszych). Żadna z tych propozycji nie wydała mi się idealna. Przede wszystkim, obok tych pojęć, które zaczerpnięte zostały z paremii lub stanowią podręcznikowe minimum, należałoby wprowadzić dość długą listę słówek. Poza tym, chociaż dotykają podstawowej tematyki, jako teksty źródłowe wydały mi się jednak zbyt zaawansowane (a przez to potencjalnie zniechęcające), zwłaszcza dla kogoś, kto ukończył ledwie 60-godzinny kurs. Ostatecznie wybór padł na Epitome Gai (VI w. n.e.) – anonimowe streszczenie Instytucji Gajusza. Tekst stosunkowo krótki i prosty, zwłaszcza jeśli opanowało się podstawy prawa rzymskiego (rzecz jasna i w nim kryją się trudności, ale w przypadku większości zdań zrozumienie przynajmniej ogólnego sensu wypowiedzi nie powinno stanowić dużego wyzwania – tutaj tekst źródła). W iusculum pojawiają się więc wszystkie terminy, które zostały użyte w tym źródle przynajmniej pięciokrotnie (226 słów; tak wygląda poddana drobnej korekcie lista słów wraz z angielskimi tłumaczeniem, którą przygotował Collatinus), a także te, które występują tam rzadziej – tę okoliczność uzależniam już od mojego wyboru. Koniec końców materiał terminologiczny został ukształtowany tak, że składają się na niego:
Z kwestii formalnych: prezentacje tutaj publikowane udostępniam na licencji
CC BY-NC-SA. Z przyjemnością i z pełnym uznaniem autorstwa zamieszczę na stronie materiały stworzone przez inne osoby i oparte na lekcjach z iusculum. Bardzo bym się cieszyła, gdyby wszystko, co dotyczy iusculum, można było znaleźć w jednym miejscu. Na razie zastrzegam sobie prawo do jednego wyjątku: bardzo proszę, żeby nie przygotowywać gotowej listy słówek wraz z polskimi tłumaczeniami. Słówka są tłumaczone w prezentacjach (przy okazji: korzystanie z osobnego łacińsko-polskiego słownika może okazać się nadmiernie pracochłonne; bywa tak, że pojawiające się terminy mają po kilka, a nawet kilkanaście znaczeń, z których adept prawa powinien dobrze opanować np. tylko dwa), a poza tym do każdej lekcji przygotowany będzie wykaz łacińskich słówek (a ponadto wykaz zbiorczy ze wszystkich lekcji). Jeśli już tu jesteś, to spróbuj obdarzyć mnie odrobiną zaufania i uwierzyć, że wkuwanie na pamięć listy słówek przetłumaczonych przez kogoś innego to nie jest najbardziej efektywny sposób opanowywania materiału. Każdy, kto przerabia lekcje z iusculum, powinien sam ocenić, które słówka już pamięta i tłumaczenie wcale nie jest mu potrzebne, gdzie zamiast tłumaczenia może dopisać synonim lub antonim (to często o wiele bardziej efektywne niż pisanie polskiego odpowiednika), a gdzie jednak to tłumaczenie by się przydało. To być może oznacza odrobinę więcej pracy, ale również o niebo lepsze efekty :).
No, to chyba tyle. Pozostaje mi więc życzyć smacznego😊.